|
Moje sny nie mają już struktury fabularnej – przyznaje Piotr Dumała. Wybitny twórca animacji zadebiutował fabułą „Las” i otrzymał za nią Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu w Gdyni. Opowiada nam opowiada o wężu, który w końcu nie pojawił się na ekranie, niezwykłym spotkaniu z guru czeskiej animacji - Janem Švankmajerem - i fascynacji historią światowej sławy XVI-wiecznych angielskich okultystów, którzy zmuszeni byli błąkać się po polskim lesie.
Rewelacyjne zdjęcia do „Lasu” zrealizował Adam Sikora. Tak doskonale jego widzenie świata komponuje się z pańskim, że można mieć nadzieję na dalszą współpracę panów. Jak doszło do wyboru właśnie tego operatora? Ponieważ „Las” to mój debiut fabularny, nie miałem dużego spektrum wiedzy na temat operatorów filmowych. Szukałem kogoś, kto by trafiał w wizję tego filmu, wypływającą wprost z moich animacji. Miało to być czarno-białe przedłużenie poprzednich obrazów a z drugiej strony nawiązanie do dawnych niemych arcydzieł.
Do filmów Carla Theodora Dreyera i Friedricha Wilhelma Murnaua…? I do świetnej, bardzo nowoczesnej „Puszki Pandory” Georga Wilhelma Pabsta. Ale tam kamera była bardzo żywa a ja chciałem jej statyczności, wrażenia, że ona przygląda się, podpatruje, obserwuje niczym oko. Producent podpowiedział mi Adama Sikorę a jego kandydaturę poparł operator Jerzy Wójcik. Obejrzałem tylko jeden film ze zdjęciami Adama – „Wojaczka” Lecha Majewskiego. Po dwóch, trzech kadrach już wiedziałem, że chcę poznać tego człowieka i pracować z nim. Adam myśli kompozycją kadru i światłem. Miał u mnie sfotografować węża, ale do tego nie doszło.
Obok dwóch bohaterów w „Lesie” miał zagrać wąż? No, ale nie zagrał. Przestraszyliśmy się, że ten wąż może nas zjeść.
O jakim gatunku pan myślał? W końcu żadnego nie wybrałem. Na początku przerysowywałem je z dziewiętnastowiecznego atlasu rycin. Chciałem znaleźć takiego, jak na rysunku. Miał być duży i gruby, z dużą głową. Ale przecież nawet wielkie okazy mają małe pyszczki, które w trakcie połykania ofiary rozszerzają się jak wjazd na prom.
Średniowieczne smoki rysowano na kształt węży. Słusznie – chciałem właściwie smoka. Taki wyszedł spod mojej ręki w Stanach. Kiedy tam mieszkałem, miałem dużo czasu na rysowanie. Stworzyłem zwiniętego węża pod drzewem w zamglonym lesie. Z jego ogona wyrastała połówka liścia dębu. Jego smoczość koncentrowała się w końcówce ogona. Ten właśnie wąż był jedną z inspiracji „Lasu”. Mężczyźni na ekranie, kiedy wędrują przez las, połowę spędzonego w nim czasu poświęcają na poszukiwania właśnie tego węża. Stąd z początku chcieliśmy mieć żywego. Poszliśmy do mieszkania małżeństwa hodowców węży. W mieszkaniu w bloku z lat 50. mieszkali z 50-80 wężami, które w tak dużej ilości wydzielały intensywny zapach.
Jak reagowali na to sąsiedzi? O niczym chyba nie wiedzieli. Para owych hodowców otworzyła nam drzwi opleciona wężami – wyglądali jak „Grupa Laokoona”. Te węże łasiły się do nich jak pieski. Mieszkały w różnego rodzaju pojemnikach zawieszonych na ścianach. W łazience bez okna trzymali gigantycznego doga. To byli wielcy miłośnicy zwierząt. Wybili mi z głowy węża z wielką głową, bo takie nie istnieją. Wymyśliłem więc, że zrobię rodzaj rękawiczki, do której włożę rękę i będę nią ruszał, na kształt wężowej głowy.
Ale widz miał się zorientować, że to udawany wąż? Nie! Resztę węża, z gumy, miała wykonać rzeźbiarka, ale na szczęście nie zdążyła. Powstał więc film o wężu bez węża. I dobrze się stało, ponieważ z obrazu ze sztucznym wężem powstałby rodzaj fantasy a mnie zależało na czymś ascetycznym. I taki właśnie film mi wyszedł – w ogromnej mierze dzięki zdjęciom Adama Sikory. Gdy się spotkaliśmy powiedział mi, że w kinie najbardziej interesuje go milczenie i pustka. Na te słowa pokazałem mu katalog z wystawy malarstwa Duńczyka Vilhelma Hammershoi`a tworzącego na przełomie XIX i XX wieku. Malował puste pokoje w chłodnych skandynawskich tonacjach, często z postacią kobiety stojącej tyłem do malarza, drzwi otwierające się na drugie drzwi a te na kolejne drzwi, w głębi okno – takie długie amfilady. Adam był nim zachwycony, zdobył potem jego wielki album. Rozumiałem się z nim bez słów.
Otacza pana aura alchemika siedzącego w piwnicy i w całkowitym odosobnieniu tworzącego ezoteryczne dzieła, poszukującego kamienia filozoficznego. To bzdury! Niestety sam je podsycałem w różnych wypowiedziach. Lubię taką tematykę – alchemii, tajemnicy. Napisałem kiedyś nawet artykuł „Kamień filozoficzny animacji”. Miałem taką fazę, kiedy wydawało mi się, że animacja i alchemia współistnieją ze sobą tak, jak w filmach Jana Švankmajera. Zresztą poznałem go w końcu w zeszłym roku po wielu latach obcowania tylko z jego filmami. Odwiedziłem go w jego studio powstałym w starej dziewiętnastowiecznej karczmie jakieś czterdzieści kilometrów pod Pragą. Wchodzimy do środka a tu kałuże, zacieki, tynk się sypie. W tym bajzlu siedzi z pięć bardzo młodych osób stukających w klawiatury najnowocześniejszych komputerów. Widok niesamowity! Ktoś szeptem prosi mnie: „Tylko cicho, Švankmajer pracuje”. W kolejnym pomieszczeniu, ogromnym – musiała być w nim kiedyś sala taneczna a potem kinowa – na środku znajduje się basen pełen zakolorowanej na zielono wody, wokół ustawionych pełno lamp a w fotelu tyłem do nas siedzi mężczyzna o siwej główce i znów ktoś mówi: „Ciii… pan Švankmajer teraz myśli, nie wolno rozmawiać!” Obok niego w fotelu śpi jakiś starszy tęgi gość z siwą brodą.
Wspaniały surrealistyczny klimat… Młodzież ustawia lampy a Švankmajer siedzi skulony bez słowa, maleńki jak wróbelek, gładzi się po bródce, zamyślony. Przechodzimy za jego plecami do następnego pomieszczenia, w którym kobieta w moim wieku montuje jego film na taśmie. Podają mi straszną herbatę w brudnym kubku – atmosfera jak z czasów hipisowskiej komuny. Czekamy na Švankmajera - ja w końcu coś sobie rysuję, bo wszyscy rozmawiają po czesku a ja nic nie rozumiem. Po czterdziestu minutach przychodzi, ale od razu idzie umyć ręce a może i zęby. Potem wraca i daje do zrozumienia, że możemy porozmawiać.
Czy znał wcześniej pana filmy? Chyba tak. Rozmawialiśmy w sumie o niczym szczególnym. Powiedział mi ze śmiechem, że początek filmu, nad którym cała ta ekipa pracuje wziął się z jego snu. To tak cudownie miły pan – naprawdę jak wróbelek, uśmiechnięty, malusieńkie ząbki, buźka jak u aniołka, oczka wesołe, świecące jak u krasnoludka… Po prostu wspaniały facet. Żaden alchemik, żaden wariat, nawiedzony artysta czy bufon.
I młodzież go uwielbia. Czy pan nie chciałby się otoczyć takim dworem oddanych młodych ludzi? To akurat nie pasuje do moich projektów. Nie pracuję w taki sposób. Przy animacji potrzebna mi jest najwyżej jedna osoba przy komputerze. Nie robię filmów trójwymiarowych.
Najważniejsza dla pana jest inspiracja. Czy nadal są nią sny? Już nie w takim stopniu co kiedyś. Ale były dla mnie ważne przez cała lata.
Co się stało, że przestały? Rzeczywistość je wyparła. Teraz moje sny nie mają już struktury fabularnej, jak kiedyś. Dawniej potrafiłem sterować akcją w moich snach i przedłużać sen tak, aby ją ciekawie zakończyć. Teraz moje sny są bardzo intensywne, mocne, męczące, których mi się nie chce pamiętać. Niegdyś bardziej żyłem wyobraźnią. Zmiany wiążą się na pewno z pojawieniem się w moim życiu dziecka.
Ale „Las” wziął się częściowo z inspiracji snem…? Przyśnili mi się mężczyźni, którzy zagubili się w lesie. Była to jakby trawestacja opowieści o brytyjskich alchemikach Johnie Dee i jego asystencie Edwardzie Kelleyu - okultystach i spirytystach, którzy przez pewien czas (Dee był nadwornym astrologiem Elżbiety I) przebywali na dworze Stefana Batorego. Potem zamieszkali w długiej gościnie u polskiego magnata Olbrachta Łaskiego. Karmił i odarowywał ich, bo wywróżyli mu polską koronę po śmierci króla a gdy ten jej nie dostał, to ich przegnał. Błąkali się po lesie, łowili ryby i jedli grzyby. Na ówczesne czasy Dee był wielkim mędrcem, jednym z najlepiej wykształconych Europejczyków czy w ogóle ludzi na świecie. Był wielką sławą. A tu nagle obaj panowie plączą się po polskim lesie, zanim kolei trafią na praski dwór cesarza Rudolfa II. To fantastyczna historia! Ten obraz utkwił mi w głowie – dwaj dorośli mężczyźni błąkający się po lesie nie wiadomo po co. I potem przyśniło mi się już coś przetworzonego – że dochodzi w lesie do zbrodni, że jeden z nich ginie.
I tak pojawiła się możliwość odczytania tej historii jako opowieści o Abrahamie i Izaaku. Tak – szukałem motywacji dla ich wędrówki. Odniesień literackich, antropologicznych, mitologii lasu. Ponadto tę historię zainspirowały też moje relacje z ojcem, którym się zajmowałem. Plenery powstały w mazurskiej miejscowości Krutyń, gdzie płynie rzeka Krutynia. Tam jeździłem z rodzicami na wakacje.
Czy do ról filmowych ojca i syna przeprowadził pan casting? Moja żona doradziła mi Mariusza Bonaszewskiego do roli syna, także dlatego, że fizycznie i charakterologicznie przypomina mnie. Stanisław Brudny zaś przyszedł na casting, ale jego z kolei polecił mi Waldemar Dąbrowski. Przez pewien czas wyobrażałem sobie jako ojca Wiesława Michnikowskiego, ale nie miał wystarczająco groźnej twarzy do tej roli, zresztą nie wyraził zgody na zagranie w filmie. Potem myślałem też o Marcelu Marceau, ale doszedłem do wniosku, że on jest za bardzo sobą, by mógł wystąpić w moim „Lesie”. Stanisław Brudny okazał się doskonały.
To charakterystyczny aktor drugiego planu, który dzięki panu dostał w końcu główną rolę. To prawda, główne role grał tylko w teatrze. Ma niesamowicie wyrazistą twarz, niczym aktorzy przedwojenni – Michał Znicz, Stefan Jaracz, Ludwik Solski. Znakomicie razem się dopasowali z Mariuszem Bonaszewskim jako postaci: jeden niski i przysadzisty, pękaty niczym żuk a drugi długi, żylasty i patykowaty. Tak sobie dokładnie wyobrażałem fizyczność moich bohaterów, żeby byli trochę jak Flip i Flap.
Czy pana kolejna fabuła będzie równie ascetyczna? To będzie film na pograniczu horroru i komedii toczący się na wsi – „Ederly”. To słowo, które mi się kiedyś przyśniło. Punktem wyjścia do całego filmu był jeszcze inny sen, z czasów liceum, przekształcony potem przeze mnie w opowiadanie. Pisząc nowelę zmieniłem w nim wątki, poszedłem inną drogą, bardziej komediową.
Czy film też będzie czarno-białym obrazem tworzonym razem z Adamem Sikorą? Tak, jeśli tylko Sikora mi nie odfrunie…
rozmawiała Anna Kilian |