|
Najpoważniejszy problem produkcyjny polskiego kina to brak jednego porządku i jednej grupy obowiązujących zasad – mówi Katarzyna Lewińska. Autorka kostiumów do filmów polskich i koprodukcji a ostatnio do „Randki w ciemno” Wojciecha Wójcika porównuje rodzimy i zagraniczny styl pracy na planie i wspomina współpracę z m.in. Emily Watson i Peterem Greenawayem
Pracowała pani przy produkcjach polskich i zagranicznych i miała okazję porównać system pracy w naszym kraju i zagranicą. Czy w kinie zachodnim pracuje się łatwiej? Tak, ale to nie zawsze jest takie proste. Moje polskie produkcje przebiegały bardzo dobrze – mówię tu o współpracy ze znakomitymi kierownikami produkcji - Andrzejem Besztakiem, Ewą Jastrzębską i Pawłem Barańskim, przy m.in. „Nightwatching” Petera Greenawaya, „Boisku bezdomnych” Kasi Adamik, „Within the Whirlwind” Marleen Gorris czy „Randce w ciemno” Wojciecha Wójcika. Z nimi nigdy nie czułam żadnego dyskomfortu. Najlepsza sytuacja zawodowa to przemieszana ekipa składająca się z Polaków i obcokrajowców – bo daje to melanż kulturowy i przynosi nowe elementy profesjonalizmu związane z zawodowcami z zagranicy. To ułatwia relacje komunikacyjne i zawodowe, ponieważ w ekipach zagranicznych istnieje przestrzegany nakaz pozostawiania rzeczy prywatnych za drzwiami. W Polsce to nie zawsze tak dobrze funkcjonuje, co jest często dość męczące. Ale przy polskich filmach, przy których pracowałam, nigdy nie było źle. Jedynie z opowieści wiem, że może być ciężko. Lubię międzynarodowe produkcje. Czuję się w nich lepiej, niż w polskich. Ale trudno mi traktować „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej czy „Boisko bezdomnych” jak rodzime produkcje, bo obydwie reżyserki są mentalnie bardzo międzynarodowe. Film Gośki był koprodukcją a Kasia bardzo mało mieszkała w Polsce. To nie były polskie filmy ani w sposobie pracy ani w sposobie myślenia o kinie.
Czy najtrudniejsze na planie bywają relacje między kostiumografem a reżyserem? To kwestie indywidualne. Czasami zdarza się dyskomfort komunikacyjny. Niekiedy trudno się pracuje z pewnymi kierownikami produkcji albo przy pewnych produkcjach. U nas bardzo niedobre jest to, że nie ma uporządkowanego dnia ani rytmu pracy. Zagranicą związki zawodowe pilnują godzin pracy, jej komfort jest więc znacznie wyższy. W Polsce działa się po partyzancku – jesteśmy na planie tak długo, dopóki nie padniemy, albo jak długo chce tego reżyser. Nie ma jednego porządku ani jednej grupy zasad, które obowiązują i jest to najpoważniejszy problem produkcyjny polskiego kina. Musimy się każdorazowo dostosowywać do stylu pracy kolejnego kierownika produkcji czy reżysera licząc na jego szacunek dla ekipy i samego siebie. Ponadto coraz częściej słyszy się teraz o tym, że nie ma pieniędzy, że ludzie nie dostają wynagrodzenia za pracę, którą wykonali a słowo kryzys jest świetną wymówką. Sama nie znalazłam się w takiej sytuacji, ale wielu moich znajomych z branży – tak. Jeśli tak dalej będzie, to z pewnością w końcu wybuchnie bunt. To, że seriale i telenowele stały się bardziej racjonalną formą pracy, niż fabuła w połączeniu z brakiem gwarancji wynagrodzenia po zakończeniu pracy nad fabułą oraz lękiem przed innymi niż zaufani, kierownikami produkcji – to wszystko bardzo źle wróży polskiemu przemysłowi filmowemu. Istnieje czarna lista kierowników produkcji, z którymi się nie pracuje. Wszystkiemu jest winna nasza polska mentalność, więc poprawa na pewno nie nastąpi szybko.
W pani filmografii powtarza się nazwisko Bartka Konopki. Najpierw państwo pracowali razem przy jego etiudzie „Trójka do wzięcia”, teraz skończyliście produkcję debiutu fabularnego autora „Królika po berlińsku” - „Lęku wysokości”. Musi istnieć między wami silna nić porozumienia. Bardzo się polubiliśmy już podczas realizacji „Trójki do wzięcia” w 2006 roku. Ufam mu, lubię sposób, w jaki opowiada. Uważam, że jest bardzo dobrym człowiekiem a to jest dla mnie bardzo ważne. Bardzo się nawzajem szanujemy i rozumiemy a to jest bezcenne. Jeśli pomiędzy mną a reżyserem istnieje porozumienie, to – choćby się wszystko waliło – dla dobra filmu jestem w stanie zrobić wszystko. Gdybym nie wierzyła w reżysera albo w projekt, nie mogłabym pracować.
W pani w większości artystycznym dorobku odznacza się rozrywkowa „Randka w ciemno”. To rzeczywiście projekt zupełnie różny od dotychczasowych. O jego wyborze przesądziła współpraca na planie filmu z naszym znakomitym duetem projektantów mody Paprocki & Brzozowski. Była to ogromna przygoda. I choć to komedia romantyczna, to stanowiła dla mnie takie samo wyzwanie, jak „Dom zły” Wojtka Smarzowskiego czy „Lęk wysokości”. Uwielbiam ten gatunek filmowy i obrazy takie, jak brytyjskie produkcje „To tylko miłość” i „Notting Hill”. Wbrew pozorom, zrobienie kostiumów do komedii bywa trudniejsze, niż do dramatu. W „Randce w ciemno” kostiumy wyszły naprawdę ciekawe i piękne - jestem bardzo zadowolona z tego projektu. Ekranowe kreacje są niebanalne, w przeciwieństwie do 95 procent polskich komedii czy w ogóle fabuł. Czasem mam wrażenie, że oglądam jeden długi polski film, tak podobne są do siebie kostiumy bohaterów.
Jak się pani pracowało z Emily Watson, która zagrała główną rolę w „Within the Whirlwind” (ukończona w 2009 r. koprodukcja niemiecko-polsko-belgijska – nasz roboczy tytuł to „Wichry Kołymy” - wciąż nie ma daty premiery w naszym kraju – przyp.red.)? To ogromnie profesjonalna aktorka, łatwa we współpracy, idealna. Po tym filmie szanuję ją jeszcze bardziej. Zgłaszane przez nią uwagi były przemyślane i absolutnie nie prywatne. Miały związek z tym, co wymyślała sobie á propos postaci, jaką grała (skazanej przez Stalina na dziesięć lat syberyjskiego łagru wykładowczyni literatury, profesor Eugenii Ginzburg – przyp. red.). Nasza współpraca zaowocowała przyjaźnią. Emily bardzo mocno przeżyła film. To aktorka, która wybiera projekty. Jest więc w nie mocno zaangażowana już na poziomie scenariusza. Bardzo jej zależało na współpracy z holenderską reżyserką Marleen Gorris.
Z Peterem Greenawayem – przy „Nightwatching” – z pewnością pracowało się trudniej? Ze wszystkich reżyserów, z jakimi pracowałam, Greenaway jest najbardziej histeryczny i zarazem fascynujący. Zaczynając film kochałam go miłością mającą swój początek w czasach młodości, potem nasze relacje osiągnęły dno – był bunt, kłótnie i afery – potem na koniec pokochałam go dorośle, wybaczając i akceptując. To człowiek zamknięty w swoim świecie – w którym ludzie funkcjonują na zasadzie rekwizytów i narzędzi - arogancki i niewrażliwy, ale bardzo ciekawy.
Z pewnością wielkim wyzwaniem była praca nad kostiumami w czekającej na premierę „Mistyfikacji” Jacka Koprowicza. Trzeba było oddać na ekranie plastyczną i estetyczną wrażliwość bohatera – Witkacego. W sensie produkcyjnym to było wielkie wyzwanie, ale i wielka radość. Jacek Koprowicz od początku dość klarownie widział ten projekt. Trzeba było pokazać na ekranie nie tylko świat Witkacego, ale lat 60. XX wieku oraz zderzyć rzeczywistość z iluzją. Mieszanie epok nie jest proste. „Mistyfikacja” miała duży potencjał produkcyjny i może to być bardzo piękny i ciekawy film. Scenariusz był świetny, zdjęcia Arkadiusza Tomiaka - wspaniałe, aktorzy znakomici – Jerzy i Maciej Stuhrowie, Ewa Błaszczyk, Andrzej Chyra, Krzysztof Stroiński.
Przy nieograniczonej możliwości wyboru każdego twórcy zagranicznego, z jakimi postaciami kina chciałaby pani pracować? Mam cały wachlarz wymarzonych reżyserów. Na pewno chciałabym zrobić film z Ridleyem Scottem, poczuć ten rozmach! Także z Larsem von Trierem, w którego obrazach kostium jest inteligentnie schowany. Niezwykle cenię całą grupę reżyserów brytyjskich na czele z Kenem Loachem. Jego filmy ocierają się o dokumenty. Kocham kino środkowoamerykańskie, w którym kostiumy są malarskie. Moim wielkim marzeniem jest współpraca z Almodovarem, którego podziwiam za plastykę obrazu, temperament opowiadanych historii i psychologizm postaci. Bardzo też cenię kino Dalekiego Wschodu – chińskie i koreańskie. rozmawiała Anna Kilian |