|
Interesują mnie możliwości narracyjne i dramaturgia – twierdzi Marcin Wrona, który zadebiutował „Moją krwią”. Filmowiec opowiada o autentyzmie aktora Eryka Lubosa, warszawskich Wietnamczykach i planach zrealizowania trylogii poświęconej temu samemu tematowi.
Na bohatera swojego debiutu nie wybrał pan człowieka głębokiego ani wrażliwego. To prawda. Wybrany przeze mnie bohater na pewno nie jest intelektualistą. Nie werbalizuje swoich emocji. Dopiero w trakcie filmu zaczyna dostrzegać innych. Przechodzi skomplikowaną przemianę. Dostrzega, że są rzeczy priorytetowe. Wprawdzie robi to zbyt późno, ale już sam fakt uświadomienia sobie owych priorytetów jest zwycięstwem.
Eryk Lubos bardzo pasuje do roli Igora. Czy pisząc scenariusz „Mojej krwi” myślał pan właśnie o tym aktorze? Tak, pisałem właśnie z myślą o nim. Ma bardzo dużo z boksera. Nie chodzi mi tylko o sposób chodzenia, ale i styl życia. Eryk jest cały czas na sportowej diecie, kontroluje wagę i trzyma ją od kilkunastu lat. Zależało mi na tym, żeby odtwórca głównej roli był wiarygodny dla autentycznych pięściarzy występujących w filmie. Zależało mi, by taki aktor nie został wyśmiany na sali treningowej, gdy pojawi się obok mistrzów świata. By nie był wypomadowany i z przyklejonymi sztucznymi bliznami. Eryk wniósł w tę postać prawdę.
Nie widzę nikogo lepszego do tej roli. Ani ja. Gdyby Eryk się nie zgodził zagrać Igora, wziąłbym naturszczyka. Polski przemysł filmowy nie ma pieniędzy, żeby aktora odpowiednio przygotować do takiej roli, wytrenować go. Aktorzy nie mają czasu, bo grają codziennie, przychodzą na plan zdjęciowy z telenoweli. Muszą to robić, bo u nas wciąż aktorskie gaże są niskie. Nie wystarczy dać komuś kostium, żeby stał się postacią. Eryk jest bardzo nieokrzesany w swoich reakcjach i to mi właśnie było potrzebne do tej postaci. Miała być dzika, trudna do opanowania. Eryk ma niesamowitą energię pchającą go ciągle do przodu. Wymarzyłem sobie, że filmowy Igor będzie jak tykająca bomba. I Eryk rzeczywiście rozsadza ekran. Na planie „Mojej krwi” miał trudne zadanie – partnerowała mu dziewczyna z Wietnamu, która nie znała polskiego. Tekstu uczyła się fonetycznie. Nie mógł więc improwizować tyle, co chciał. Z drugiej strony to dobrze, że czuł taki dyskomfort, ponieważ tylko to trzymało go w ryzach.
Dziewczynę do roli Yen Ha znaleziono w Wietnamie. Czy nie było nikogo odpowiedniego w Warszawie, w grupie ponad czterdziestu tysięcy Wietnamczyków (to tylko oficjalne dane), którzy mieszkają w stolicy? Luu De Ly jest naturszczykiem, dziewczyną o niespotykanej wrażliwości, mimice i gestykulacji nietypowej jak na Azjatkę. W filmie jest niewiele dialogów. Wszystko między Igorem a Yen Ha rozgrywa się poza słowami. Widziałem Wietnamki, które zagrały w przedstawieniu Anny Gajewskiej „Tam i Cam czyli historia jednej miłości”, ale albo ich wiek nie był ten, albo ich fizyczność nie pasowała mi do roli Yen Ha. Ale wiedziałem też, że nawet gdybym wybrał którąś z dziewczyn pracujących na Stadionie Dziesięciolecia, to nie mogłaby mi ona poświęcić tyle czasu, ile by mi było potrzeba. Ich praca to ciężki kawałek chleba. Ponadto Wietnamczycy nie przyjeżdżają tutaj z myślą o zrobieniu kariery filmowej. Pochodzą z wielodzietnych rodzin, wstają o pierwszej, żeby o drugiej w nocy otworzyć swój stragan. Ale przez miesiąc szukaliśmy też na stadionie. Kiedy Wietnamczycy ze stadionu jeszcze mnie nie znali bali się mnie. Rozumiem, że mogę wyglądać jak policjant albo ochroniarz. Nie chcieli mi uwierzyć, kiedy mówiłem – oczywiście przez tłumacza - że mam im do zaproponowania rolę. Już kiedyś wcześniej zdarzyło mi się, że gdy szukałem na różnych dyskotekach dziewczyn do filmu i zaczepiałem je proponując im spotkanie i zdjęcia próbne, to traktowały mnie wyłącznie jako podrywacza.
Jednak zabrakło mi w filmie głębszego spojrzenia na Wietnamczyków, wykorzystania tego, że tak licznie przebywają w Warszawie. Nawet zdając sobie sprawę z ich hermetyczności. Rzeczywiście, są hermetyczni z natury. Nie mają tak silnie rozbudowanego ego, jak Europejczycy. Połowa mieszkańców Wietnamu nosi to samo nazwisko Nguyen. Już samo to świadczy, że funkcjonują bardziej jako społeczność, niż indywidualności. W Polsce boją się deportacji, bo są tu nielegalnie. Ponadto rząd wietnamski przysyła tu swoich agentów, by ich wyłapywali i ściągali z powrotem do kraju. Wiem, że niektórzy z nich mieli nieprzyjemne doświadczenia z polskimi filmowcami, którzy traktowali ich z typowym dla Polaków poczuciem wyższości. Gdyby wysłać którąś z tych szowinistycznie nastawionych osób do Wietnamu, to szybko zmieniłaby zdanie, choćby widząc Sajgon, dzisiejszy Ho Shi Minh. W języku polskim „sajgon” to synonim bałaganu, sytuacji, w której wszystko wymknęło się spod kontroli. Rzeczywisty Sajgon to piękne, postkolonialne, bardzo bogate miasto. Żadne polskie nie może się z nim równać - może ewentualnie Kraków. Polakom się wydaje, że są pępkiem świata, co wynika z kompleksów. Nasz obraz za granicą kształtowali i kształtują nasi emigranci. Stąd Amerykanie uważają nas za „zwieśniaczałych” katolików, Niemcy za złodziei samochodów a w pozostałych krajach Unii Europejskiej widzą w nas hydraulików. Analogicznie do naszych emigrantów Wietnamczycy, którzy mieszkają w Warszawie, przyjechali tu w celach zarobkowych. Ci, którym się dobrze powodzi, siedzą sobie w Wietnamie. Nie chciałem robić filmu o społecznych problemach wietnamskich emigrantów w Polsce. Chciałem stworzyć dla Igora i jego ciemnych piwnic – w których odbywają się walki bokserskie – oraz sal treningowych alternatywny świat.
A skąd pan zna ten świat ciemnych piwnic? Trenowałem boks przez jakiś czas. A wcześniej byłem koszykarzem, prawie zawodowym. W wieku dwudziestu lat miałem kontuzję, która przekreśliła moją sportową karierę.
W tym roku będzie prawdopodobnie mieć premierę pana kolejny film – „Chrzest”. Pojawi się w nim takie samo rozwiązanie dramaturgiczne, co w „Mojej krwi” – główny bohater chce, by jego przyjaciel ożenił się po jego śmierci z wdową po nim. Dlaczego powtarza pan ten pomysł? Widocznie mam obsesję!
Zastanawia mnie, dlaczego w pana filmie – filmach - bohaterka nie ma nic do powiedzenia w kwestii takiego planu swojego partnera. W „Mojej krwi” jest po temu powód, ale nie chcę o tym opowiadać, bo akcja ma być zaskakująca dla widza, który jeszcze nie widział filmu. Prawdziwa historia, która zainspirowała w nim jedno z ważnych wydarzeń, stała się w „Chrzcie” kanwą całego scenariusza. Miałem pomysł zrobienia trzech filmów z tym samym wątkiem, ale każdy z nich miał kłaść nacisk na coś innego. Inne też ma być przesłanie. Chciałbym, by były to obrazy na temat dojrzewania. W każdym z nich bohater przechodzi przemianę, by stać się lepszym człowiekiem. Dojrzewa do odpowiedzialności. To właśnie ona świadczy o tym, że nie jest się już chłopcem, ale mężczyzną.
Nie chciał pan, żeby Eryk Lubos zagrał także w „Chrzcie”? Pojawi się – właśnie będziemy kręcić kilka scen zimowych – by swoją obecnością podkreślić związek pomiędzy „Moją krwią” a kolejnym filmem. Natomiast rolę główną w „Chrzcie” gra Wojciech Zieliński, czyli Olo - przyjaciel Igora w „Mojej krwi”. Bardzo mnie interesują możliwości narracyjne i dramaturgia. Napisałem na ten temat doktorat. Istnieje ograniczona liczba wariantów opowieści. Wysilanie się na wymyślanie nowych nie ma sensu. Trzeba kreatywnie wykorzystywać te już istniejące.
rozmawiała Anna Kilian |