|
Jacek Borcuch, reżyser „Wszystkiego co kocham” – pierwszego polskiego filmu biorącego udział w konkursie festiwalu kina niezależnego w Sundance, opowiada o konieczności patrzenia w przyszłość, młodości i powstawaniu najbardziej osobistej ze swoich ekranowych opowieści.
Największy sukces obrazu „Wszystko co kocham” to zaproszenie do udziału w konkursie międzynarodowym najbardziej prestiżowego festiwalu kina niezależnego na świecie – w amerykańskim Sundance. Czy przed panem udało się to jakiemukolwiek polskiemu filmowi? To pierwszy polski film w tej formule w tym konkursie. Już sam jego udział uważam za sukces. Podobnie jak powodzenie filmu w kinach, o którym jednak jeszcze za wcześnie mówić.
Ma pan rzadką umiejętność opowiadania subtelnych, kameralnych historii. W dodatku każdy z trzech filmów w pana dorobku był w naszym kraju pierwszy w swojej kategorii. „Kallafiorr” – od którego premiery minęło dziesięć lat – jest postrzegany jako pionierskie dzieło offowe, pierwszy obraz niezależny wprowadzony do oficjalnej dystrybucji. Czy zdarza się panu jeszcze wracać do niego myślami? Chcę go na nowo wprowadzić do kin z pełną świadomością tego, że jest to bardzo amatorski film. Nad samym „Kallafiorrem” już się jednak nie zastanawiam. Ja po prostu od czasu do czasu robię, co mi w duszy gra.
Zazwyczaj pierwsze dzieła – filmy, książki – są przetworzeniem osobistych doświadczeń. Czy tak było w przypadku „Kallafiorra”? Nie. Jestem trochę zapóźniony w rozwoju. Pochodzę z głębokiej prowincji, gdzie byłem odizolowany od wysokiej kultury, w związku z czym to „Wszystko co kocham” traktuję jako mój pierwszy prawdziwy film, bardzo osobisty. Wszystko, co wydarzyło się wcześniej, wydaje mi się gorsze od tego, co jest teraz. Nie mam sentymentu do tego, co było kiedyś. Przeszłość nie jawi mi się jako fantastyczna, ciekawa a to, co wtedy robiłem – jako wspaniałe, bo pierwsze. Wolałbym ją wymazać.
Zazwyczaj mitologizuje się czasy młodości... Robię to właśnie we „Wszystko co kocham”. „Kallafiorr” to wyabstrahowana historia o trzech żulach z Powiśla, inspirowana Quentinem Tarantino, w której nie ma nic osobistego. Nawet wcześniej tam nie mieszkałem, dopiero jako dorosły człowiek.
„Tulipanami” wyprzedził pan w 2005 roku niewielką – ale jednak – falę filmów portretujących starsze pokolenie („Pora umierać” Doroty Kędzierzawskiej – 2007 r., „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta – 2009 r., „Ostatnia akcja” Michała Rogalskiego – 2009 r.). To także nie był obraz osobisty. Naprawdę w ogóle nie myślę o tych starych filmach. Patrzę na to, co przede mną. Szkoda czasu na wspominki. Jestem pełen melancholii i poczucia przemijania, ale jeśli chodzi o pracę, to myślę tylko o tym, co będzie dalej. Skupiam energię na tym, żeby się rozwijać i za każdym razem opowiadać historie w nowy sposób.
„Wszystko co kocham” pokazuje stan wojenny w inny sposób, niż większość obrazów do tej pory, czyli nie pompatycznie i nie jako wielką tragedię narodową. W związku z nim przychodzi do głowy właściwie tylko jeden film opowiedziany z perspektywy osiemnastolatków, w którym bardzo ważny jest wątek pierwszej miłości . To czarno-biała „Emilka płacze” Rafała Kapelińskiego, nagrodzona w 2006 roku w Gdyni Grand Prix w konkursie kina niezależnego. Czy „Wszystkim co kocham” chciał pan się odciąć od innych filmów na ten sam temat? Nie. Pisząc „Tulipany” uruchamiałem wyobraźnię, chciałem stworzyć opowieść. W przypadku „Wszystkiego co kocham” wystarczyło skupić się na tym, co pamiętałem i spisać to wszystko na kartkach. Film jest obrazem tego, co zapamiętałem z tamtych czasów.
Ale bohaterów uczynił pan trochę starszych od siebie. Pierwsza wersja scenariusza opowiadała o dwunasto-, trzynastolatkach – czyli tak, jak to było w moim przypadku – ale znalezienie takich chłopców okazało się niemożliwe, pomimo że pilnie szukałem w różnych ogniskach młodzieżowych. Nawet gdybym znalazł, to nie zagraliby na instrumentach. To była dodatkowa umiejętność, której wymagałem.
Pan umie grać? Od ósmego roku życia chodziłem do szkoły muzycznej. Grałem na fortepianie, wszelkich instrumentach klawiszowych, akordeonie. To się w punk rocku, oczywiście, nie przydawało. Pierwszy zespół założyłem, kiedy miałem 13 lat. To była poważna sprawa – graliśmy w szkole. Na mojej prowincji nic się nie działo, więc sami musieliśmy sobie wszystko organizować. Warszawa jawiła mi się wtedy czymś na kształt Nowego Jorku – daleka i niedosiężna. Zanim przyjechałem tu w 1993 roku na stałe, byłem w Warszawie raz na wycieczce szkolnej, przejazdem w Bieszczady. Tak więc, wracając do zmiany wieku bohaterów – tak cienką nitką plotę swoje opowieści, że są one przeznaczone dla ludzi o określonej konstrukcji psychicznej, o pewnej wrażliwości. Nie dla lepszych czy gorszych. Jestem neurotykiem o melancholijnej naturze i myślę, że moje filmy mogą lubić ludzie o podobnej strukturze. Wiadomo, że nie wszyscy tacy są. Gdybym jeszcze dołożył do tego małe dzieci, to zrobiłby się z tego jakiś film dziecięcy, który można by łatwo zbagatelizować jako opowieść o jakichś szczeniakach. Starsi bohaterowie w moim obrazie już odpowiadają za swoje czyny. Z młodszymi nie mógłbym sobie pozwolić na sceny intymne, bo zrobiłaby się z tego pornografia.
Pana film dobitnie pokazuje, że w czasach PRL byliśmy wszyscy marionetkami w rękach systemu – kompletnie ubezwłasnowolnieni – i że nic nie zależało od nas. Nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, bo nie mieliśmy żadnego punktu odniesienia. To prawda, ale nawet się nad tym nie zastanawiałem. Opowiedziałem po prostu historię ze swojego podwórka. Dopiero z dzisiejszej perspektywy możemy powiedzieć, że to był straszny świat. Nie chciałem się mądrzyć. Starałem się narysować możliwie najprawdziwszy obraz 1981 i 1982 roku na prowincji. Kiedy czegoś nie pamiętałem, dzwoniłem do ojca, do kolegów. To, co jest najpiękniejsze, to słyszeć ludzi wychodzących z filmu i mówiących: „To jest moja historia”. Nawet ci, którzy wychowali się w Warszawie i innych dużych miastach - jak Muniek Staszczyk czy Kuba Wojewódzki – mówią, że to jest o nich. Nie da się wykalkulować takiego filmu.
Od razu widać, czy to, co reżyser pokazuje jest szczere, czy nie. We „Wszystkim co kocham” czuje się autentyczność już od pierwszych scen. Niesamowita jest scenografia. Jak udało się panu odtworzyć na ekranie tę pustkę peerelowskiego, brzydkiego krajobrazu? Mam fotograficzną pamięć. Nie zapamiętuję dat ani imion czy nazwisk, ale wyraźnie pamiętam obrazy z różnych etapów mojego życia i różnych miejsc. Obudowałem się albumami zdjęć z tamtych lat.
Na pewno pomogły panu też pocztówki z tamtego okresu, na których znakomicie widać nędzę tamtych pejzaży. Jakieś samotne fiaty 125 p na tle ponurego spożywczego samu… Tak. To wszystko braliśmy pod uwagę. Bardzo trudno było znaleźć elementy z tamtych lat, bo wszystko z tamtego okresu się niszczy. Łatwiej znaleźć coś średniowiecznego. Plenery kręciliśmy w Helu, Pucku, Gdyni i pod Warszawą. Budowaliśmy scenografię na potrzeby filmu.
Ogromnym atutem filmu są młodzi aktorzy, zwłaszcza Mateusz Kościukiewicz i Jakub Gierszał. Wydają się być urodzonymi ekranowymi zwierzętami – jak to się mówi o tych, których kocha kamera. To bardzo uzdolnieni chłopcy. Aktor filmowy musi mieć w sobie magnetyzm i fotogeniczność. Dla Kuby Gierszała był to pierwszy casting w życiu. Nigdy wcześniej nie stał przed kamerą. Mateusz grał wcześniej epizody.
Jakim jest pan reżyserem dla aktorów? Dobrze wiem, czego chcę. W moim przypadku reżyseria to podążanie za tym, co wykreowała moja wyobraźnia. Nie ma improwizacji. Bardzo pilnuję dialogów, co do przecinka. Myślę, że aktorzy to lubią – kiedy widzą, że reżyser wie, czego chce i prowadzi ich za rękę i że nie są zostawieni samym sobie. Wierzę w intuicję.
Jedyne, czego w filmie mi zabrakło, to zainteresowania bohaterów także – może – muzyką zagraniczną. Byłoby ciekawe wiedzieć, jakiej ewentualnie zachodniej muzyki słuchali. A ta, jak dobrze pamiętam, docierała do nas głównie za pośrednictwem Radiowej „Trójki”. Była oczywiście lista przebojów prowadzona przez Marka Niedźwieckiego, ale słuchaliśmy wtedy tylko polskiej muzyki, zwłaszcza że kształtowała nas muzyka punkrockowa.
Tak się do tej pory złożyło, że kręci pan filmy w pięcioletnich odstępach czasu. Czy kolejny zobaczymy wcześniej? Mam nadzieję, że uda mi się pokazać nowy film widzom w przyszłym roku. Po „Wszystko co kocham” powinno być mi łatwiej.
I po ewentualnym sukcesie w Sundance. Zupełnie bym na to nie liczył. W ogóle o tym nie myślę. Cieszy mnie sam udział. Trzeba być realistą. To festiwal, który skupia się głównie na produkcjach amerykańskich.
Niemniej i filmy spoza Ameryki święcą na nim czasem triumfy, jak choćby chilijska „Służąca” Sebastiana Silvy. Albo irlandzki „Once”, który dostał Nagrodę Publiczności. Ale nie ma nic gorszego niż wyjazd na festiwal z całym bagażem oczekiwań i marzeń. Sundance to były ośrodek olimpijski niedaleko Salt Lake City. Będziemy mieszkać około 40 kilometrów od Park City, gdzie odbywa się festiwal. Jest tam jeden z najlepszych na świecie ośrodków narciarskich. W związku z tym biorę narty i jadę także poszusować. Traktuję ten wyjazd trochę jak wakacje. Jeżeli coś pozytywnego wydarzy się w związku z filmem, to będzie to prezent od świętego Mikołaja, bo to jeszcze zima.
Czy w pana nowym filmie znajdą się role dla młodych aktorów? To będzie historia dwudziestoparolatków, studentów, rozgrywająca się we Wrocławiu, gdzie poznałem swoją żonę - mój pierwszy współczesny film. Wszystkie dotychczasowe były albo zabawą z czasem, albo abstrakcją. Nie interesują mnie tematy społeczno-polityczne. Wierzę w człowieka a ten od początku świata niesie w sobie te same wartości – wiarę w dobro, w cud życia, w przygodę życia. Ono jest jak niepowtarzalny błysk. Jestem niewierzący, więc nie wierzę w nagrodę po śmierci. Chcę zarejestrować świat takim jaki jest, dla moich dzieci.
Czy zdobył pan już dofinansowanie dla tego filmu? Jeszcze nie, prace są na bardzo wczesnym etapie. Nigdy nie martwiłem się o finansowanie. Skupiam się na scenariuszu. Jeśli scenariusz jest dobry, pieniądze zawsze się znajdą. rozmawiała Anna Kilian |