Audiowizualni.pl

Serwis informacyjny polskich producentów filmów fabularnych, dokumentalnych, animowanych i programów telewizyjnych

Jesteś tutaj: Home Promocja filmu Prasa Pressbook (presskit) - rozwój pakietu materiałów prasowych na przestrzeni lat

Pressbook (presskit) - rozwój pakietu materiałów prasowych na przestrzeni lat

Z pressbookami, zwanymi także presskitami, polscy dziennikarze zajmujący się tematyką filmową zetknęli się po raz pierwszy w czerwcu 1990 r. Wówczas to firma ITI wprowadziła do kin - jako pierwszy prywatny dystrybutor - „Niebezpieczne związki” Stephena Frearsa, przełamując dotychczasowy monopol państwowego Przedsiębiorstwa Dystrybucji Filmów.

W liście do uczestników pokazu prasowego ówczesny dyrektor generalny Mariusz Walter napisał: „Informujemy z przyjemnością o nowym przedsięwzięciu ITI. Pokazem „Niebezpiecznych związków” inaugurujemy nasz udział w repertuarze kinowym. (…) Przedsięwzięcie może wydać się ryzykowne w czasie, kiedy słabnie zainteresowanie kinem. Oceniamy, że mimo wszystko nam się powiedzie. Gwarancję upatrujemy w repertuarze, profesjonalnej promocji, korzystnym dla kin procentowym systemie rozliczeń oraz ...w naszej gotowości do liczenia się z Państwa sugestiami”. Częścią wspomnianej w liście promocji był wręczany dziennikarzom pressbook - wydawnictwo czysto robocze, do bieżącego wykorzystania, zawierające podstawowe informacje o tytule. Na odbitych na powielaczu sześciu kartkach znalazła się czołówka filmu, jego bardzo dokładne streszczenie, ciekawostki dotyczące produkcji oraz sylwetki twórców i aktorów wzbogacone o ich wybrane filmografie.

Zanim powstały pressbooki

W okresie PRL nasi krytycy i dziennikarze zajmujący się filmem mieli mocno ograniczony dostęp nie tylko do samych filmów (pojawienie się w polskich kinach amerykańskiego tytułu dwa lata po premierze było normą, a często opóźnienia były o wiele dłuższe), ale i do informacji o nich. Nieliczni wybrańcy - bywalcy międzynarodowych festiwali korzystali z przywożonych stamtąd materiałów informacyjno-reklamowych. Zachodnią prasę branżową, i to w niewielkim zakresie, z uwagi na stały deficyt dewiz, prenumerowały jedynie redakcje tytułów czysto filmowych („Ekran”, „Film”, „Kino”). Bywały też okresy, gdy wybrane pisma poświęcone kinu pojawiały się w czytelniach Klubów Międzynarodowej Prasy i Książki (dzisiejszy Empik – przyp. red.). Czasem można je było nawet kupić, choć ceny, z uwagi na dewizowy przelicznik, były horrendalne, przekraczające możliwości finansowe przeciętnie zarabiającego dziennikarza.

Jak więc sobie radzono, skąd czerpano informacje? Chodzi oczywiście o kino amerykańskie i z Europy Zachodniej, bo źródeł informacji o kinematografiach ZSRR i krajów tzw. demokracji ludowej było aż nadto (szeroki dostęp do ich prasy filmowej, międzyredakcyjne wymiany dziennikarzy, itd.).

Podstawowym - i co należy podkreślić niezwykle rzetelnym - źródłem informacji o filmach wchodzących co miesiąc do repertuaru naszych kin był wydawany od 1954 r. „Filmowy Serwis Prasowy”. Ten dostępny jedynie w prenumeracie (początkowo tylko dla redakcji i kin, z czasem dla wszystkich zainteresowanych) dwutygodnik wydawał dystrybutor-monopolista, którego nazwa na przestrzeni lat się zmieniała (m.in. „Centrala Wynajmu Filmów”, „Zjednoczenie Rozpowszechniania Filmów”, „Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów”). Redakcję tworzyli doświadczeni dziennikarze i krytycy, często również korzystano z autorów zewnętrznych o liczących się w branży nazwiskach. Choć „FSP” firmował dystrybutor, to zawarte w nim treści były obiektywne, niemal w stu procentach informacyjne, dalekie od nachalnej czy skrywanej reklamy. Cytując szeroko opinie zagranicznych recenzentów nie wybierano z nich (jak to się dzisiaj nagminnie zdarza) jedynie akcentów jednoznacznie pozytywnych, nie ukrywano wytykanych błędów i potknięć twórców. Typowe omówienie filmu w „Filmowym Serwisie Prasowym” zawierało: szczegółową czołówkę, omówienie sytuujące ów tytuł w płaszczyźnie kulturowej, społecznej, bądź odnoszące się do dotychczasowego dorobku reżysera, czy też w wypadku ekranizacji znaczącego dzieła literackiego sytuujące omawiany film na tle wcześniejszych prób przenoszenia go na ekran. Następnie wypowiedzi bądź eksplikacje reżyserskie zdradzające intencje twórców, szczegółowe streszczenie fabuły, informacje o aktorach, reżyserach, operatorach itp., wreszcie wspomniane wyżej fragmenty recenzji z prasy zagranicznej.

Drukowana wewnątrz każdego numeru (do czasu) klauzula: „Z materiałów informacyjnych „FSP” redakcje i kina mogą korzystać w dowolnej formie” sprawiła, że zdarzały się wypadki pisania recenzji tylko na podstawie przeczytanych materiałów bez pofatygowania się do kina. Na szczęście takie przypadki dziennikarskiej nierzetelności zdarzały się rzadko. Ich autorami byli ludzie, którzy na filmie znali się tak samo jak na spuście surówki czy skupie buraków cukrowych, o których także przyszło im pisywać.

Po 1990 r. „Filmowy Serwis Prasowy” przestał być dziennikarzom pomocny. Co prawda wychodził jeszcze siłą rozpędu, zamienił się jednak z czasopisma informacyjnego w niemal reklamowe. Do tego nie obejmował całego repertuaru polskich kin, bowiem nie wszyscy prywatni dystrybutorzy byli zainteresowani współpracą z tym tytułem. W 1995 r. znalazł się nowy wydawca - Agencja Graffiti Info z Krakowa - który próbował, pod nazwą „Film Pro. Filmowy Serwis Prasowy” połączyć dobrą tradycję „FSP” z polskim odpowiednikiem amerykańskiego, czysto branżowego „Variety” przeznaczonego głównie dla producentów, dystrybutorów i kiniarzy. Inicjatywa nie spotkała się ze spodziewanym zainteresowaniem i owo pismo po niespełna dwóch latach zniknęło z rynku na zawsze.

Warto też wspomnieć o jeszcze jednej inicjatywie filmowo-informacyjnej z czasów PRL, choć w założeniach kierowanej przede wszystkim do kinomanów, a nie dziennikarzy. Otóż w latach 50, i 60. XX w. wspomniana Centrala Wynajmu Filmów wydawała programy do wybranych filmów, na wzór teatralnych. Sprzedawali je w kinach bileterzy. Taki bogato ilustrowany fotosami program zawierał, obok skróconej czołówki, autorski tekst znanego krytyka poświęcony prezentowanemu tytułowi. Bliżej mu było do pogłębionej recenzji niż do tekstu czysto promocyjnego.

Przed pojawieniem się Internetu

Zanim pojawił się Internet ze swoją mnogością portali informacyjno-filmowych zarówno zagranicznych, jak i krajowych przynoszących łatwy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji, głównym źródłem wiedzy dziennikarskiej o wprowadzanych do kin tytułach były pressbooki.

W ich pożądanej zawartości niczego nowego od czasów PRL nie wymyślono. Przygotowywały je najczęściej działy PR poszczególnych dystrybutorów, rzadko angażowano do ich opracowania - by koszty zredukować do niezbędnego minimum - autorów zewnętrznych, doświadczonych w piśmiennictwie okołofilmowym. Dobór ich treści rzadko się różnił, zależał głównie od objętości druku. Niektórzy wiedzę, którą chcieli zainteresować dziennikarzy zawierali na czterech stronach, inni, znacznie rzadziej, potrzebowali ich np. trzydzieści. Z tym że liczba kartek pressbooka nie przekładała się prosto na przydatność przekazywanych wiadomości. Celowali w tym dystrybutorzy, będący polskimi filiami amerykańskich wytwórni. W ich materiałach gros miejsca zajmowały szczegółowe informacje nie o wyniku końcowym, ale o procesie produkcyjnym, np. o wyborze miejsc i obiektów zdjęciowych, castingach i zbieraniu potrzebnych na realizację funduszy. Wiele miejsca poświęcano tam także prezentowaniu sylwetek producentów, szczebli ich zawodowych karier i największym sukcesom. To rezultat bezkrytycznego, pozbawionego wyboru przekładania hollywoodzkich materiałów bez zwracania uwagi na nasze realia.

Tematy, być może bardzo ważne dla amerykańskich odbiorców dla polskiego dziennikarza są często całkowicie bezużyteczne i zbędne. To wiedza, której czytelnicy, czy słuchacze radiowi na pewno nie oczekują. Innym błędem spotykanym nazbyt często jest zamieszczanie streszczeń fabuły tłumaczonych z druków przygotowywanych przed rozpoczęciem realizacji. W rezultacie to, co ostatecznie oglądamy na ekranie nie zawsze pokrywa się z tym, co miało być. Czasem są to zmiany bardzo istotne, że nie wspomnę o innych imionach, czy nazwiskach bohaterów. To pułapka, w którą wpadło już wielu piszących o filmie. Ba, znowu nasuwa się natrętna myśl, czy tylko zagapili się w śledzeniu akcji, czy też w ogóle do kina się nie pofatygowali. Zdecydowana większość pressbooków ma charakter zdecydowanie roboczy. To druki jednorazowego użytku nie przeznaczone dla kolekcjonerów, pomocne przy pisaniu recenzji i przeznaczone do wyrzucenia po wykorzystaniu.

Zdarzały się jednak materiały informacyjne, które trudno sprowadzić tylko do tej jednej funkcji. Przygotowywano je głównie z okazji premier ekranizacji polskiej klasyki literackiej lub podobnych eventów (np. „Chopin. Pragnienie miłości”). Były to właściwie albumy drukowane na kredowym papierze, bogato ilustrowane, zawierające do stu stron. Uznać je za druk jednorazowego użytku i wyrzucić, to niemal barbarzyństwo. Pojawiały się też wydawnictwa, bliższe materiałom czysto promocyjnym, niż informacyjnym. To również starannie zaprojektowane i wydane z dużym nakładem finansowym polskie tłumaczenia programów przygotowywanych na targi, organizowane przy okazji międzynarodowych festiwali. Jako kinoman sięgam po nie z przyjemnością, jako krytyk mam z nich niewiele pożytku.

W dobie cyfrowej

Internet zmienił całkowicie sposób informowania o filmie. Dystrybutorzy, ich biura prasowe, czy działy PR dostali do ręki oręż, który większość z nich doskonale wykorzystuje. Teraz mogą już bezboleśnie rezygnować z papierowej edycji pressbooków proponując użytkownikom ich wersje elektroniczne dostępne w różnych formatach. Kto nie lubi śledzenia tekstów na ekranie, sam może je sobie, w miarę potrzeb wydrukować.

Dodatkowo dziennikarze mogą nie tylko czytać o nowych filmach, ale także oglądać ich fragmenty w formie trailerów (zwiastunów). Wielu dystrybutorów odsyła również do linków w sieci, gdzie można przeczytać (co prawda tylko w językach obcych) całe - i nie tylko pochwalne - recenzje zamieszczane przez liczące się tytuły prasowe. A także drukowane wywiady z twórcami. W przypadku wprowadzania na ekrany filmu polskiego pojawiają się także wideo-wywiady.

Mimo tej ogromnej zmiany i innowacji nie uważam, by formuła tradycyjnego pressbooka całkowicie się przeżyła. Dzisiaj, gdy od dziennikarza wymaga się niewyobrażalnego dawniej pośpiechu i szybkiego reagowania na nowinki, wydawnictwo (obojętnie w jakiej formie) zbierające w jednym pliku wszystkie pożądane treści jest nadal bardzo potrzebne. A formuła, stosowana przed laty w „Filmowym Serwisie Prasowym” ciągle - moim zdaniem - pozostaje wartym do naśladowania wzorem.

Marek Sadowski

© Audiowizualni 2013

AddThis Social Bookmark Button
 
 
 
 
Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!